Żle jest żyć bez Boga

 

 

Źle jest żyć bez Boga lub inaczej mówiąc: nie warto żyć w grzechu i w „świecie” o czym sam się w swoim życiu przekonałem. Kto „przyjaźni się” ze światem i żyje w nim, ten jest wrogiem Boga, jak mówi Biblia: Wiarołomni, czy nie wiecie, że przyjaźń ze światem, to wrogość wobec Boga? Jeśli więc kto chce być przyjacielem świata, staje się nieprzyjacielem Boga (Jak. 4,4).

Nawiązując do powyższego wersetu, chcę ze wstydem wyznać, że byłem kiedyś wrogiem Boga i żyłem według nauki tego świata. Mimo to Bóg się ode mnie nie odwrócił i cały czas bardzo mnie kochał, co pokazał w bardzo prosty sposób.

Jak większość moich przyjaciół, którzy również poznali Jezusa, od dzieciństwa uczęszczałem do kościoła (zboru), w którym zrodziła się moja wiara w Boga. Słyszałem o Nim bardzo dużo, lecz to wszystko było dla mnie martwe. Wiemy doskonale, że do dobrego wykonania pewnej czynności, potrzebna jest teoria, a później praktyka. W moim życiu chrześcijańskim nie było tej „praktyki”, co spowodowało, że zacząłem oddalać się od Boga i odrzucać Jego przykazania, które od dzieciństwa starałem się wypełniać. „Wierzącym” byłem tylko z nazwy, w środku zaś byłem całkiem innym człowiekiem.

Moje życie uległo dużej zmianie, gdy poszedłem do gimnazjum. To właśnie tam zacząłem żyć tak, jak żyją ludzie z tego świata. Poznałem nowych znajomych i spotykając się z nimi, stopniowo stawałem się takim jak oni. W tym okresie było we mnie dużo buntu, co powodowało problemy dla moich rodziców, nie tylko w szkole, ale również w domu. Kłamstwo było dla mnie czymś normalnym, jak i wiele innych niewłaściwych rzeczy. To właśnie szkoła była miejscem, w którym ujawniało się moje prawdziwe „ja”. Z czasem przejąłem od moich kolegów wiele negatywnych nawyków i zachowań. Przysłowie: z kim przestajesz, takim się stajesz po prostu wykonywało się w moim życiu. Miałem również przyjaciela, który był w takiej samej sytuacji, co ja. Znaliśmy się od dzieciństwa i chodziliśmy do tego samego kościoła, ucząc się i poznając Boga, jednak świat szybko nas pociągnął.

W wieku 14 lat zacząłem pić alkohol. Odczucia doznawane po jego spożyciu bardzo mi się spodobały i nawet nie zdawałem sobie wtedy sprawy, jaką tragedię mógłbym przeżyć, gdybym się od niego uzależnił. Po czasie spróbowałem również papierosów, jednak nie ciągnęły mnie one tak bardzo i nigdy nie miałem nałogu nikotynowego.

Gdy patrzę z perspektywy czasu dostrzegam jedną rzecz, która była tak naprawdę moim celem – mięć jak najwięcej kolegów i być przez nich szanowanym. Pewnego razu poznałem grupę starszych od siebie chłopaków, którzy zaimponowali mi swoim zachowaniem i sposobem życia. Przychodziłem do nich i spędzałem wolny czas, przeważnie na piciu różnego rodzaju alkoholu.

Często wracałem z tego powodu do domu nietrzeźwy, co było dla moich rodziców bardzo bolesne. Od nich nauczyłem się też palić marihuanę, chociaż zacząłem popalać dużo wcześniej. Już wtedy moje życie było straszne, jednak ja tego nie widziałem i szedłem dalej tą drogą. Jakiś czas później kontakt z nimi pogorszył się i zacząłem spotykać się z innymi ludźmi. Byli oni mniej więcej w moim wieku, dlatego też łatwiej mi było z nimi rozmawiać i cokolwiek robić. Podobał mi się ich styl życia i początkowo czułem się w ich towarzystwie bardzo dobrze. Z czasem zacząłem również kraść i w ten sposób schodziłem na drogę przestępczą. Jednak nie byłem w tym dobry i w końcu zostałem złapany przez policję, gdy wraz z kolegą okradaliśmy starego Volkswagena. Po wyjściu z izby dziecka czułem się trochę roztrzęsiony, lecz nie wywarło to na mnie dużego wpływu. Pamiętam jak po tym mój tato starał się przekonać mnie do Boga, ale moje serce było twarde i zamknięte. Bardzo poruszyły mnie jednak opowieści, o wielkiej mocy Bożej, której doświadczył w swoim życiu, lecz nadal nie potrafiłem się na boże działanie otworzyć.

Życie toczyło się dalej, a ja z dnia na dzień staczałem się w dół. Chociaż nie raz było mi ciężko i serce mnie bolało, jednak nawet wtedy nie myślałem o tym, aby oddać swoje życie Bogu.

W końcu przyszedł w moim życiu okres bardzo dla mnie ciężki. Do pewnego czasu, widziałem ten świat kolorowo i nagle wszystko to pociemniało i zbledło, zupełnie jak chłopak, który zauroczy się w dziewczynie i widzi w niej same zalety, lecz dopiero po czasie zaczyna dostrzegać również i wady. Ze mną było podobnie. Gdy więc zobaczyłem jaki jest naprawdę ten świat, chciałem go porzucić, lecz dla mnie samego było to niemożliwe. Były rzeczy, które mnie trzymały i wiązały, jakby liny zaciśnięte na moich rękach. Według słów Pana Jezusa znajdowałem się po prostu w więzieniu, z którego tylko On mógł mnie uwolnić. Każdego dnia zastanawiałem się nad swoją sytuacją, ale nic ze sobą nie robiłem.

Jeszcze przed tym okresem pojechałem na obóz chrześcijański, na którym Jezus był oczywiście główną osobą, dla której też wielu młodych ludzi przebyło podróż. Tak naprawdę głoszone słowo nie dotykało mojego serca, natomiast wypowiedzi dwóch osób szczególnie utkwiły mi w pamięci. Gdy usłyszałem to, co powiedział do mnie pewien pastor, bardzo się zdziwiłem i długo rozmyślałem nad tym, ponieważ wyjawił mi sytuację mojego serca w bardzo prosty sposób: nad twoim sercem toczy się walka; Bóg puka do niego, a diabeł chce je zatrzymać dla siebie, usłyszałem. Było to jak dzwon w moich uszach, niestety jednak szybko o tym zapomniałem. Drugą osobą, przez którą Bóg przemawiał do mnie był mój przyjaciel. On natomiast przedstawił mi zaufanie Bogu, jako spróbowanie bardzo dobrej potrawy. Choć też tak to widziałem, jednakże bałem się spróbować.

Gdy stałem już na krawędzi, Bóg wejrzał na mnie i wyciągnął swoją dłoń. Wtedy już nic mi nie pomagało i nikt oprócz Jezusa nie mógł tego zrobić. Ani trawka, ani alkohol już mi nie pomagały, ale tylko powiększały moje problemy. W końcu spróbowałem mocniejszego środka, ale dzięki Bogu, nic złego w zasadzie się nie stało. Właśnie w tym czasie zapragnąłem Boga w moim nędznym życiu. Chciałem, aby uczynił coś nadzwyczajnego, jakiś cud. Im więcej razy było źle, tym więcej myślałem o Nim. Nie wiedziałem już, co mam z sobą zrobić, gdzie pójść żeby poczuć się lepiej i zapomnieć o wszystkim.

I w końcu przyszedł czas zjazdu dla gimnazjalistów w Legnicy, który był dla mnie wyjątkowy, m.in. dlatego, że poprzez to, czego doświadczyłem na tym zjeździe, powstało to świadectwo.

Pierwszy listopada 2008 roku był to dzień, w którym umarło moje stare „ja” i od tego me momentu moje serce zostało napełnione radością, pokojem i miłością. Gdy Bóg dotknął się mnie, poczułem wspaniałe ciepło w środku i patrzyłem na świat inaczej niż do tej pory. Jezus zmiłował się nade mną i przebaczył moje grzechy. W tej chwili, chyba po raz pierwszy od dzieciństwa, popłynęły łzy szczęścia z moich oczu. Nie jestem w stanie tego opisać, ale Pan Jezus po prostu wszedł w moje, do tej pory, twarde serce, i zamienił je na serce mięsiste. Od tego wydarzenia, moje życie nabrało zupełnie innego wymiaru. Dziś mogę cieszyć się i żyć z nadzieją każdego dnia.

Może moje świadectwo nie jest wyjątkowe, jednak mówi jak wielki jest Bóg i jak bardzo kocha każdego człowieka, choć nikt z nas na to nie zasługuje. Pan Jezus umarł za nas i chce zbawić każdego, a ja zachęcam Ciebie, jeśli jeszcze nie oddałeś swojego życia w Jego ręce, abyś to uczynił, bo warto jest Mu zaufać.

Bookmark the permalink.

Comments are closed